ZAWODY DESKOROLKOWE – nuda i chłam czy zdrowa sportowa rywalizacja i zabawa?

Zacznijmy od tego, że nie potrafię oglądać zawodów deskorolkowych. Tak już mam. Zawsze coś na drugim planie przyciągnie moją uwagę. Nic na to nie poradzę. Zawody były praktycznie od zawsze elementem deskorolki. Jeżeli chciałeś zostać pro to nie było innej drogi jak poprzez zwycięstwa. Zawody przybierały różną formę i zmieniały się wraz z rozwojem popularności skateboardingu. W pewnym momencie trafiliśmy na wielkie areny z dziką hordą widzów. Mógłbym teraz zacząć marudzić i narzekać o tym jak prędzej bym zwymiotował i dostał sraczki niż obejrzał w całości SLS. Jednak zamiast tego powrzucam kilka różnych imprez które oglądam i sprawia mi to frajdę. 

Na początek finlandzki Helride. Cykliczna impreza odbywająca się w stolicy czyli w Helsinkach. Ogólnie miasto zdecydowanie warte odwiedzenia tak swoją droga. Wracając jednak do samej imprezy to zdecydowanie super pomysłem jest przenoszenie zabawy z miejsca na miejsce. Spoty, bowle, skateparki i wszystko co Helsinki mają do zaoferowania. Kilkudniowa impreza gdzie każdy ciśnie i je gówno.

Pozostaniemy w Finlandii i inna mocna impreza. Tutaj nieco przeciwieństwo bo zamiast przenoszenia się ze spotu na spot, pozostajemy na jednym downhillu i cały dzień pijemy, zjeżdżamy, wchodzimy pod górę i powtarzamy. Nie wiem czy Pat Duffy ma jakieś honorowe obywatelstwo, ale zawsze pojawia się na tych finlandzkich zawodach. 

Następnie odpalamy Vans Downtown Showdown. Kilka teamów zostaje zaproszonych do stworzenia unikalnej przeszkody, a potem na każdej z nich prowadzony jest jam session. Co może pójść nie tak? Ostatnio impreza wróciła, ale te starsze edycje nadal są mocne.

Teraz nieco bardziej klasyczne zawody czyli Vans Pool Party. Jednakże mam na myśli głównie Legends Division. No kurde. Lubię tych dziadów. Jak miałem taką możliwość to starałem się odpalić sobie relację na żywo i śledzić co się tam dzieje. Duane Peters, Hosoi, Grosso (R.I.P.) czy Lance. I to właśnie tego ostatniego śmiałka przejazd wrzucam poniżej.

Teraz przenieśmy się bardziej na ulice. Czyli jam w zupełnie innym klimacie. Skakanie przez radiowóz, przeszkody na parkingu czy czymś podobnym. Albo może po prostu skakanie przez śmietniki. Proste, bez konieczności stawiania 20 schodów. Dobra zabawa. 

Wracamy na kąty z Lower Bob’s P-Stone Invitational. Uwielbiam to oglądać. Po raz kolejny format jam’u. To chyba najciekawszy format. Dzieje się dużo. Ludzie się zderzają. Istny chaos. A ta impreza to arcydzieło. Uwielbiam do tego wracać. Bardzo chciałbym tam zawitać któregoś dnia. Piotrek jak będzie kolejny wypad do słonecznej Kaliforni to dawaj cynk!

Dalej CPH PRO albo może Dime albo może Vans Shop Riot albo może Lines of Bielawa albo zawody na PNP albo Międzygalaktyczne Mistrzostwa Świata Pucka… Cholera. I właśnie w ten sposób przechodzę płynnie do konkluzji tego artykułu. Mogę jebać na zawody ile sobie zechcę, ale po pierwsze, one nigdzie się nie wybierają i będą nam nadal towarzyszyć. SLS, Mistrzostwa krajowe, Igrzyska Olimpijskie itd. To będzie i będzie mnie nudziło. Tak już jest. Ale, ale, nie przejmuje się tym wcale. Bo właśnie! Jest cała masa innych zajebistych imprez które bawią. Zrobił nam się nieco podział na bardziej undergroundową deskorolką i pop skateboarding. To żadna tajemnica. Także zawody zawsze były elementem deskorolki, ale teraz jest tego tak dużo, że możesz oddzielić ziarno od plew wedle własnego uznania. Zawody to nie zło. Powiem więcej. Jest tak do momentu aż ktoś z buciorami próbuje się wpieprzyć i wprowadzić sztywną strukturę. Kropka. 

Mucho Cheers!
Kobiał

P.S. W bonusie legendarny przejazd z dużych zawodów na arenie gdzie wszystko zaczęło robić się zbyt poważne. Bohaterem jest Jeff Grosso (R.I.P.). Nikt nie pamięta kto wygrał te zawody, ale wszyscy pamiętają ten przejazd. To jest prawdziwy zwycięzca.

Leave a Reply

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress