OFF! PUNK, SZTUKA, SKATEBOARDING I IMPREZA

Punk rock ma się dobrze, wciąż wierzga, mieszka w Kalifornii i przyjął kryptonim operacyjny OFF!. Wybuchowy kwartet z Los Angeles to w prostej linii spadkobierca klasycznego US-hardcore’a wykutego przez Black Flag, Circle Jerks itp. wichrzycieli, ale trudno by było inaczej, skoro na czele grupy stoi były wokalista obu wymienionych, niezniszczalny ekspert w jeździe bez trzymanki, Keith Morris. Czterech typów w wieku waszych ojców (albo i dziadków, skoro frontman ma już blisko sześć dych na karku) odpala właśnie kolejną bombę, album zatytułowany wymownie „Wasted Years”. Z tej okazji ucięliśmy sobie pogawędkę z gitarzystą OFF!, Dimitrim Coatsem.

Podobno zależało ci na udzieleniu tego wywiadu?

Tak, ponieważ czuję się związany z Polską. Moja matka urodziła się i wychowała w Warszawie, wyemigrowała do USA jako nastolatka. Bodajże w roku 1990 pojechałem z nią zobaczyć miejsce, w którym mieszkała, zdążyłem też spotkać się ze swoją babcią na krótko przed jej śmiercią. Pamiętam, że przy okazji odwiedziliśmy Kraków i Zakopane. Bawiąc w górach wybraliśmy się kolejką linową na jakiś szczyt, żeby zrobić zdjęcia i nieświadomie przekroczyliśmy granicę z ówczesną Czechosłowacją. Ni stąd ni zowąd podbiegli do nas żołnierze z automatami i kazali zawracać. Nie wiedziałem wtedy o co chodzi, ale dotarło do mnie, że chyba przegięliśmy (śmiech). Szalona sprawa.

Myślę, że byłbyś zaskoczony widząc jak wiele zmieniło się w Polsce od tamtego czasu.

Nie wątpię. Mam nadzieję, że OFF! wystąpi wreszcie u was. Podczas kolejnej europejskiej trasy na pewno zahaczymy o Pragę, a to chyba niedaleko? W każdym razie możesz być pewny, że zagramy w Polsce. Choćby dlatego, że ja chcę w końcu do tego doprowadzić (śmiech).

Jakiś czas temu zaprezentowaliście nowy klip, w którym Keith mówi o zespole jako o zgrai alkoholików i narkomanów, których gra w zespole powstrzymuje od rabowania sklepów z alkoholem i duszenia dzieci. To chyba jednak nie były kryteria decydujące o przyjęciu do OFF!?

Nieee (śmiech). Keith może mówić jedynie za siebie. Jest trzeźwy od przeszło trzydziestu lat, ale wcześniej potrafił w ciągu dnia wykonać skrzynkę piwa i wór kokainy. Przyznaję jednak, że każdy z nas ma na sumieniu uleganie od czasu do czasu pewnym rockowym stereotypom.

video1

Mówiąc już serio, co sprawia, że dorośli faceci zaczynają grać takiego smarkatego, wkurwionego na cały świat, oldskulowego punk rocka?

Tak naprawdę OFF! powstało przez przypadek. Keith powierzył mi produkcję płyty Circle Jerks, ale całe przedsięwzięcie posypało się w trakcie. Pracując wspólnie zauważyliśmy jednak, że dobrze pisze nam się takie mocne punkowe numery. Osobiście nie mam punkowych korzeni, więc na dobrą sprawę nie wiedziałem do końca co robię i po prostu grałem rock’n’rolla na bardzo wysokich obrotach (śmiech). Okazało się jednak, że nasze kolekcje płyt są zaskakująco podobne. Nie miałem pojęcia, że starzy punkowcy słuchają Black Sabbath, T. Rex, Creedence Clearwater Revival czy Blue Öyster Cult. Nie wiem skąd w nas wciąż tyle gniewu – zwłaszcza we mnie i w Keithie, ale to właśnie on napędza nas do działania. Nowy album OFF! jest nawet cięższy, mroczniejszy i bardziej pojebany od dwóch poprzednich. Podeszliśmy do nagrywania z określonym mentalnym nastawieniem. Wiedzieliśmy, że okładka ma być zdominowana przez czerń i celowo pisaliśmy takie naładowane ciemnymi emocjami kawałki. Znalazło to przełożenie także na sam sposób nagrywania, bo zarejestrowaliśmy wszystko na ośmiościeżkowy magnetofon, grając zupełnie na żywca w naszej salce prób. Żadnych poprawek, ale też nie bylibyśmy w stanie upchnąć niczego do surowych ścieżek. Jedynie ja dołożyłem dodatkowe partie gitar w ciągu jednego wieczora, a Keith dograł wokale, czego nie mógł zrobić wcześniej, bo mikrofony mogły wyłapać zbyt dużo hałasu. Łącznie zrobiliśmy z kopa dziewiętnaście utworów, z czego szesnaście znalazło się na płycie, jeden jest bonusem dostępnym poprzez iTunes, a dwa powstały specjalnie na singiel, który ukaże się w kwietniu z okazji Record Store Day.

No tak, zapowiadaliście już wcześniej, że „Wasted Years” będzie bardzo bezpośrednie i pełne złości. Coś konkretnego wyzwoliło w was takie nastroje? Stajecie się bardziej wkurwieni z wiekiem?

Powodów było kilka. M.in. przyczynili się do tego ludzie, z którymi musimy walczyć. Jak zapewne wiesz, Keith śpiewał we Flag, a ja zajmowałem się menedżmentem tego zespołu. Greg Ginn podał nas do sądu i choć wygraliśmy proces, to całe zamieszanie kosztowało nas wiele nerwów. Nie wiem dlaczego, ale wiecznie mamy z kimś na pieńku. Poza tym Keith jako autor tekstów daje też upust zainteresowaniu polityką i sytuacją na świecie. W pewien sposób zwrócił swoją uwagę na USA i przyjrzał się problemom panującym w tym kraju. Myślę, że jesteśmy trochę zwichniętymi ludźmi. Trzech z nas wychowuje dzieci, wszyscy mamy życie osobiste, ale kiedy wychodzimy na scenę, to emocje biorą nad nami górę. Ja w sumie zawsze szukałem dymu, jako dzieciak dużo grałem w hokeja i potrafiłem przylutować komuś kijem (śmiech). Jestem optymistą, gdy myślę o tym, co mogę osiągnąć w życiu, ale czuję też, że OFF! jako zespół stoi trochę na straconej pozycji. Trudno nam utrzymać się z muzyki. Mamy to szczęście, że ludzie przychodzą na koncerty i kupują płyty, niemniej jesteśmy starszymi facetami grającymi w młodzieżową grę. Jakieś licho każe nam więc udowodnić całemu światu, że nie zapomnieliśmy jak się to robi (śmiech).

Grałeś w hokeja, nie słuchałeś punk rocka… Przyznaj się: nie byłeś aby mięśniakiem spuszczającym punkersom bęcki?

Przede wszystkim scena punkowa wydawała mi się mocno ograniczająca. Jak na zjawisko obnoszące z dumą swój anarchizm i anty-establishmentowe nastawienie, oferowała dość zawężone spojrzenie na muzykę. Wiesz o co mi chodzi? Ludzie potrafią krytykować dany band, jeśli gra kawałki dłuższe, niż dwuminutowe, ma zbyt klarowne brzmienie albo potrafi znaleźć sponsora dla trasy, aby móc wrócić do domu z jakimiś pieniędzmi dla swoich rodzin. Niektórym nie podoba się np. to, że otwieramy koncerty popularnych zespołów w rodzaju Red Hot Chili Peppers. Punkowcy wiecznie mają z czymś problem, nigdy wcześniej nie spotykałem się z taką krytyką. Ciągle musimy użerać się z ludźmi oskarżającymi nas o sprzedanie się, skoro kasujemy więcej niż piętnaście dolców za bilet na gig (śmiech). A czy ja byłem mięśniakiem? Raczej dzieciakiem z długimi włosami, który lubił popalać trawkę w towarzystwie małolatów słuchających Led Zeppelin. Po prostu lubiłem sport i chyba przez to w młodym wieku naładowałem się agresją, której daje teraz upust z zespołem. Granie takiej muzyki jest dosyć siłowe i kosztuje całkiem sporo wysiłku. Najlepsze koncerty to te, na których publika też angażuje się w „walkę” – dzieciaki skaczą ze sceny, rzucają się w mosh itd.

Wspomniałeś o krytyce, a nawet w Polsce spotkałem się z negatywnymi opiniami osób, którym nie podoba się wasz wydawca. Magazyn Vice generalnie nie cieszy się sympatią na scenie, bo zdaniem niektórych jest hipsterskim periodykiem, który spłyca i trywializuje punka.

To też nic nowego dla nas. Ciągle ktoś czegoś od nas oczekuje, stale słyszymy: „Nie jesteście prawdziwym zespołem hardcore punk”. Sorry, ale nie kumam tego. Nie staramy się nikogo udawać – jesteśmy grupą rock’n’rollową z legendarrym wokalistą, który był jednym z inicjatorów powstania hardcore’a. Pozwalamy muzyce mówić za siebie, ale nie mamy już dwudziestu lat, więc nie będziemy nocować na czyjejś podłodze i wolelibyśmy nie dokładać do koncertów z własnych kieszeni. Zależy nam na sprzedawaniu płyt i promowaniu muzyki choćby dlatego, że gdy już wybierzemy się do Polski, to chcę mieć pewność, że nie wystąpimy przed pustą salą. Na tyle na ile OFF! odnosi pewien sukces, nadal musi walczyć o utrzymanie się na powierzchni. Jeśli Vice jest w stanie pomóc nam w tym, to w porządku. Nie obchodzi mnie czy punkowiec z naszywką Discharge na katanie będzie nas za to bluzgał. Pogodziliśmy się z tym, że część publiki gotowa jest się od nas odwrócić. Spoko, zawsze można posłuchać bardziej undergroundowego hardcore’a w wykonaniu np. Hoax – jest tyle muzyki, że każdy znajdzie coś dla siebie. Rozumiem, ze dla dzieciaków możliwość identyfikacji ze sceną jest niezmiernie ważna, więc może w ich oczach jesteśmy już zbyt komercyjni (śmiech)? Jednego jestem pewny: dajemy dobre koncerty i nagrywamy solidne płyty, wszystko inne znajduje się już poza naszą kontrolą. Lubimy jednak różne gatunki muzyki – ja słucham wszystkiego od Eliotta Smitha po Bathory. Niebawem wybieram się do Seattle grać z sekcją rytmiczną Soundgarden i Alainem Johannesem, potem mam w planach nagrania z Ryanem Adamsem. Po prostu nie uznaję ograniczeń i chciałbym, by fani OFF! byli równie otwarci.

Czy tytuł „Wasted Years” jest wyłącznie metaforą czy odnosi się do jakichś zmarnowanych lat w waszym życiu?

Tytuł zainspirowany był ilustracją Raymonda Pettibona. Gdy wybieraliśmy okładkę, uznaliśmy, że właśnie ten typ z rysunku idealnie pasuje do ogólnego nastroju płyty. Dla Keitha stracone lata odnoszą się do okresu w życiu, kiedy bardzo angażował się w tworzenie czegoś wspólnie z innymi ludźmi, którzy ostatecznie bardzo zawiedli jego zaufanie. Wiele razy naciął się na osobach, które uważał za braci, a te wbiły mu nóż w plecy. Takie ciągłe rozczarowania są naturalnym źródłem gniewu. Osobiście też mogę się odnieść do tego tytułu – dla mnie oznacza on stan, w jakim znajdowałem się przez kilka ostatnich lat. Pozwoliłem wszystkim negatywnym uczuciom wydostać się ze mnie w trakcie pisania muzyki. Wiadomo było więc, że wyjdzie nam dość mroczna płyta.

Teksty Keitha są bardzo sarkastyczne i gorzkie. Mówi się, że każdy cynik to zawiedziony idealista i jego przypadek chyba to potwierdza.

Coś w tym jest. Ja cieszę się, że dorastałem w takich, a nie innych czasach. Nawet wczoraj wieczorem rozmawiałem z żoną o dzisiejszych dzieciakach, które kończą studia i nie mogą znaleźć pracy. Wyjątkowo wielu młodych Amerykanów mieszka dziś wciąż z rodzicami. Oglądałem też ostatnio jakiś reportaż z festiwalu w Glastonbury i zauważyłem jak mało rocka można tam dziś usłyszeć. Dominują brodaci folkowi bardowie z akustycznymi balladami. Nie czuję zbytniej więzi z obecną muzyką. Coraz trudniej nawet znaleźć zespół, który moglibyśmy zabrać ze sobą w trasę. Czujemy się przez to trochę jakbyśmy kisili się we własnym sosie, podczas gdy kiedyś scena punkowa była potężna – grały Circle Jerks, Black Flag i cała masa innych bandów. Ciekawe jak czasy się zmieniły.

A propos Circle Jerks, jak to było z tym albumem, który nie został skończony?

To długa historia. Muszę zacząć od tego, jak jadłem śniadanie w pewnej knajpce w Los Angeles, kiedy wpadł na mnie Zander Schloss, basista Circle Jerks. Był mocno przybity i skarżył się, że zespół znalazł się w sytuacji, w której albo nagra kolejną płytę albo się rozpadnie. Zaproponowałem swoją pomoc przy produkcji płyty, na co Zander polecił mi pogadać z Keithem. Znam Keitha od dawna, on jest fanem mojego zespołu Burning Brides, w którym gram razem z żoną. Pomysł naszej współpracy spodobał mu się, ponieważ jednym z jego ulubionych albumów jest „Give’em Enough Rope” The Clash, którego producent miał raczej rockowy background, toteż uznał, że jako człowiek spoza świata punka mogę okazać się właściwym człowiekiem do tej roboty. Próbowałem zmusić Keitha, Zandera i Grega Hetsona do tego, by usiedli wspólnie i napisali kilka kawałków dokładnie tak, jak to robili przed laty. Okazało się to jednak bardzo trudne, a Keithowi wiecznie coś nie pasowało. W końcu któregoś dnia dał mi gitarę i powiedział: „Masz, pokaż co byś zrobił na naszym miejscu”. Zacząłem grać, a on podjarał się i zaczął na mnie krzyczeć, że mam bić w struny wyłącznie z dołu, co było dla mnie zupełnym novum (śmiech). Nagle coś zaczęło się rodzić, zapodałem riff, który później wykorzystaliśmy w utworze „Darkness”. Keith kazał mi go nagrać, a potem zarządził wyjście na spacer, w trakcie którego oznajmił: „Pierdolić Circle Jerks! To, co zagrałeś jest jak powrót do Black Flag!”. To był czysty przypadek, przyszło mi to zupełnie intuicyjnie. Wydawało mi się, że gram w stylu Black Sabbath na wyższych obrotach, a nieświadomie trafiłem w dziesiątkę. Jakbym zbudował wehikuł czasu i przeniósł się w czasy młodości Keitha. I tak wyglądał początek OFF!, który okazał się zarazem końcem Circle Jerks (śmiech).

Wspomniałeś wcześniej o Flag. Co obecnie dzieje się z zespołem? Istnieje jeszcze w ogóle?

Nie chcę mówić o Flag, wybacz.

Nowej płyty Black Flag też nie skomentujesz? Spokojnie, Greg Ginn tego nie przeczyta.

Sorry, wolę się jednak nie wypowiadać (śmiech). Celowo pomijam temat Flag i Black Flag zawsze, gdy rozmowa dotyczy OFF!.

OFF! drummer Mario Rubalcaba, singer Keith Morris, guitarist Dimitri Coats and bassist Steven Shane McDonald immediately after finishing recording a new album of songs.

OFF! drummer Mario Rubalcaba, singer Keith Morris, guitarist Dimitri Coats and bassist Steven Shane McDonald immediately after finishing recording a new album of songs.

To pogadajmy o Raymondzie Pettibonie, który wybrał współpracę z wami zamiast dalszego rysowania dla Black Flag. Mimo, że Ginn to jego brat!

Tak, Raymond jest piątym członkiem OFF!, odpowiedzialnym za wizualną stronę zespołu. Potrafi znakomicie oddać cynizm i mroczną aurę naszej muzyki. W pewnym sensie praca z nim jest swoistym oszustwem (śmiech), bo automatycznie przywołuje ducha konkretnych czasów. Gdy zaczęliśmy grać z Keithem muzykę przypominającą mu szczenięce lata Black Flag, czymś zupełnie naturalnym wydała nam się współpraca z Raymondem.

Jak ważny jest dla was skateboarding? Grywacie czasem na skate’owych imprezach, co najmniej jeden z was jeździ na desce…

Tak, nasz perkusista Mario był profesjonalnym skaterem, w latach 90. jeździł w ekipie Alva Skates. Nasza muzyka na pewno przywołuje ducha czasów, kiedy punk i deskorolka były ze sobą mocno związane. Keith często wspomina jak załoga skate’owa z San Francisco przychodziła na koncerty Circle Jerks i rozkręcała młyn, jakiego wcześniej nikt nie widział. Deska jest ważną częścią stylu życia w Kalifornii, jakiemu hołdujemy. Pierwszy koncert OFF! w Los Angeles odbywał się na rampie, na której Raymond Pettibon przedstawił swoją instalację, a Tony Alva wcielił się w rolę didżeja. Nie zabrakło również darmowego piwa (śmiech). To była swoista deklaracja, jakbyśmy zatknęli flagę na odkrytej na nowo planecie i powiedzieli: „To jest nasze życie”. Punk, sztuka, skateboarding i impreza w jednym!

Zrealizowaliście całkiem sporo wideoklipów, choć generalnie są to dość proste obrazki: po prostu wy w akcji przed kamerą. Celowo postawiliście na DIY czy może czynnikiem były także pieniądze, a raczej ich brak?

Pierwsze cztery klipy powstały tak, że Vice po prostu przysłał do nas typa z kamerą. Z braku pomysłów dwa teledyski nakręcone zostały od strzału w jeden dzień. Zabraliśmy ciuchy na przebranie, zadekowaliśmy się w pewnym domu razem z bandą kumpli oraz znajomych skaterów i nakręciliśmy jeden klip. Potem przebraliśmy się i w innym pokoju zrobiliśmy drugi (śmiech). Nagranie audio zarejestrowane zostało zupełnie na żywo, nie użyliśmy ścieżek z płyty, bo nie chcieliśmy niczego udawać. Trzeci klip, „I Don’t Belong” powstał na rewirach u Keitha, bo tam kręci się pełno ekscentryków – poprosiliśmy różnych ludzi o odśpiewanie pojedynczych wersów tekstu i z tego poskładaliśmy całość. Czwarty obrazek, „Black Thoughts” przedstawia Raymonda malującego na ścianie reprodukcję okładki naszej pierwszej EP-ki. Potem zaczęliśmy pracować z różnymi reżyserami i urządzać różne zabawne akcje. Np. „Borrow and Bomb” powstał z udziałem aktora komediowego Dave’a Foleya. No i wreszcie ostatni teledysk, „Void You Out” jest specyficznym hołdem dla filmu „Upadek zachodniej cywilizacji”. Pamiętasz scenę z Darbym Crashem? Keith odgrywa ją zaraz na początku.

No tak, to wyjaśnia dlaczego smaży jajecznicę i bekon. Zdziwiło mnie to, biorąc pod uwagę jego problemy ze zdrowiem.

Mogę cię zapewnić, że smażył indyka, a nie bekon (śmiech). Faktem jest, że Keith choruje na cukrzycę i musi bardzo uważać na poziom glukozy, ale jak na gościa z takimi problemami, na scenie szaleje bardziej, niż większość małolatów. Wracając jeszcze do teledysków, to dodam, że na dniach pojawi się kolejny, który powinien okazać się sporą niespodzianką. Będziesz w lekkim szoku, kiedy przekonasz się kto w nim zagrał. Ogólnie lubimy kręcić klipy, bo to dobry sposób na dotarcie do ludzi. Punkowcy mogą mówić, że zbyt wiele promocji niszczy underground, ale nasza muzyka nie jest żadnym sekretem, którego nie można powierzyć niepowołanym. Jako OFF! urządzamy wielkie przyjęcie, a zaproszeni są wszyscy. Nie marzy nam się kariera gwiazd rocka, niemniej chcemy, by ludzie poznali to, co robimy. Utrzymywanie się z własnej sztuki nie jest żadnym przestępstwem.

OK, a wracając jeszcze do kwestii zdrowia, to zdradź proszę co utrzymuje starego punkowca w formie? Macie na to jakiś przepis?

Ja osobiście lubię chodzić na długie spacery (śmiech). Zakładam słuchawki na uszy i idę się przejść szlakiem biwakowym, bo w mojej okolicy jest ich sporo – to mój sposób na to, by nie przyrosnąć do kanapy. Ogólnie granie koncertów utrzymuje ciało i ducha w dobrym stanie. To fajna sprawa dla nas wszystkich, lubimy się śmiać i wygłupiać. Gdyby zespół nie dawał nam przyjemności, olalibyśmy go już dawno, bo potrafimy w inny sposób utrzymać rodziny. Traktujemy OFF! poważnie, mimo że nie jesteśmy w stanie przebywać w trasie dłużej, niż przez trzy tygodnie. Nie przez wzgląd na zdrowie, ale z racji zobowiązań rodzinnym. Ja mam dwójkę dzieciaków, Steven i Mario po jednym, więc nie możemy ot tak wyjść z domu i wskoczyć do vana. Na pewno jednak granie punk rocka wciąż daje nam masę satysfakcji. Jeszcze niedawno każdy z nas znajdował się na zakręcie, niektórzy byli naprawdę spłukani i dopiero ten zespół reanimował nasze kariery. OFF! to dla nas taka drogocenna roślinka, która wymaga słońca i podlewania, więc pielęgnujemy ją najlepiej jak umiemy. Poza tym czujemy się autentycznie odpowiedzialni za fanów punk rocka, bo nasz band prezentuje coś, czego nie słyszeli od lat. Jeśli w nas wierzą, to choćby dlatego musimy działać jak najdłużej.

Dobry akcent na zakończenie. Dzięki za wywiad, Dimitri!

Nie ma sprawy, ja dziękuję za wsparcie. Podeślij mi proszę egzemplarz magazynu, to podrzucę go mamie – zna polski, więc z przyjemnością poczyta (śmiech).

Sebastian Rerak

 

Dodaj komentarz

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress